Zlot żaglowców widziany z pokładu Pogorii
piątek, 06 sierpnia 2010 15:57
Tym razem załogi ścigają się z Norwegii do Wielkiej Brytanii: Kristiansand - Hartlepool. Po pierwszym dniu wyścigu nasze jachty radzą sobie całkiem nieźle.
Zryw zajmuje 2 miejsce w klasie D, Dar Szczecina 4 w klasie C, a Pogoria 4 w klasie A. Oby tak dalej. Póki co zachęcamy do przeczytania doniesień wprost z pokładu Pogorii.
Tekst i zdjęcia Weronika Szydłowska.
Niektóre rzeczy mają wiele początków. Z tym też tak jest. Dla jednych rejs zaczął się już dwudziestego piątego lipca, na promie zmierzającym do Kopenhagi. Kilka osób zostało z pierwszego etapu Tall Shipów. Parę jechało niewiadomo skąd, niewiadomo jak (i do tych paru się zaliczam), by w końcu spotkać się z pozostałymi w okolicach dziewiątej, dziesiątej czy nawet jedenastej na keji przy pokładzie Pogorii.
Dzień - dwudziesty szósty lipca - rozpoczęliśmy od podziału na kajuty i wachty, później trzeba było przenieść bagaże do koi, zanim nastąpiło spotkanie z kapitanem i oficerami na rufie. Do kolacji (trzydzieści minut po godzinie osiemnastej) nastąpiła pierwsza seria szkoleń: tych dotyczących bezpieczeństwa na żaglowcu, wiązania węzłów czy pierwszych manewrów przy żaglach (między innymi, jakże atrakcyjne dla nas – załogi szkolnej – wejście na reje). Dopiero wieczorem, aż do północy, mieliśmy czas wolny na, co prawda krótki, spacer po stolicy Danii.
We wtorek, po pobudce (godzina siódma), śniadaniu (siódma trzydzieści) i porannym apelu z postawieniem bandery (zbiórka za pięć ósma), opuściliśmy port. Kolejne ćwiczenia – tym razem uczyliśmy się brasować reje, a także próbowaliśmy spamiętać choć część nazw lin. Około dwudziestej czekały nas nie do końca niespodziewane próbne alarmy – opuszczenia pokładu i człowiek za burtą. Oczywiście nie obejmowały one opuszczenia przez nas jednostki. W system wachtowy weszliśmy raczej bez problemów – zmiany przy nawigacji odbywają się co cztery godziny – również w nocy, kambuz przekazuje się o godzinie szesnastej i „dyżuruje” przez następną dobę – co nie oznacza że bez przerwy siedzimy w kuchni i sprzątamy pod pokładem. Są jeszcze wachty bosmańskie których niestety (a może na szczęście?) jak dotąd nie miałam okazji doświadczyć.
Środa oznaczała dla nas kolejne wachty, tym razem też stawianie żagli – bom kliwra, kliwra, fok sztaksla, grot sztaksla – żagli trójkątnych, a także jednego rejowego – marsla dolnego. Odnaleźliśmy też prezesa – ten zaszczytny tytuł otrzymał Fredi. Kolejne osoby, już bez zaszczytów, również oddawały hołd Neptunowi, niektórzy aż do wieczora – około godziny dwudziestej zrzuciliśmy kotwicę. Mieliśmy też gości – do naszej burty przymocowała Endorfina – żaglówka Jachtowej Akademii Morskiej, również ze Szczecina. Do później nocy trwała konwersacja z jej załogą na naszym pokładzie.
Do Kristiansandu weszliśmy w czwartek, jeszcze przed południem. Do obiadu (godzina trzynasta, minut trzydzieści) mieliśmy czas na sklarowanie – zrobienie porządku na pokładu, jak i częściowo w naszych rzeczach. Dopiero później mogliśmy zacząć zwiedzanie miasta. Cztery osoby z załogi – pierwszy oficer i trzy dziewczyny z pierwszej wachty – miały okazję odwiedzić Shababa Omana i integrować się z innymi jednostkami. Zorganizowaliśmy też fireshow – razem z Darem Szczecina i Zrywem przeszliśmy od małych jachtów, przez keję przy Darze Młodzieży, by skończyć przy Pogorii i holenderskim Eendrachcie.
Dzisiaj również czeka nas ciekawy dzień – zawody sportowe, parada załóg i crew party. A co dalej – zobaczymy. Na pewno warto pomyśleć o conocnych sesjach gry w makao po ciszy nocnej…





















