Pawlonka na fali
Na fali… - edukacja morska Pani Grażyna Pawlonka - związana od 20 lat ze Szkołą Podstawową nr 71 w Szczecinie. Nauczycielka nauczania zintegrowanego. Prowadzi edukację morską, od sześciu lat współpracuje z Ośrodkiem Morskim Pałacu Młodzieży. W tym roku zdobyła uprawnienia młodszego instruktora żeglarstwa. PZŻ… Wspomina letni obóz skipperowy.
Nagle zaczęło się robić ciemno. Wiatr odkręcił, wiał z zachodu. Alarm! Wszyscy do portu! Żagle zrzuciliśmy prawie 10 m przed przystanią. Mimo to z impetem, na samym takielunku, wrzuciło nas do basenu portowego, który z dużą prędkością przepłynęliśmy, aż do końca. I wtedy lunęło… To miał być ZWYKŁY obóz skiperowy... Jedną z form wypoczynku dla członków sekcji żeglarstwa turystycznego Pałacu Młodzieży w Szczecinie jest obóz żeglarski na jeziorze Dąbie. Jego organizatorem jest instruktorka żeglarstwa Jolanta Gałęzowska. W tym roku odbywał się po raz szósty. Jako opiekun uczestniczyłam w nim po raz trzeci. Niby nic szczególnego - bezpieczne pływanie po zamkniętym akwenie znanym wszystkim szczecińskim żeglarzom. Często można tu spotkać jednostki na niedzielnym relaksacyjnym pływaniu, z jednego końca jeziora na drugi. Trasa jest z natury jedna: z przystani do Lubczyny i z powrotem. Brak innych marin powoduje ograniczone możliwości biwakowania z grupą młodzieży. Pojedyncze jednostki ,,szuwarują” w urokliwych zakątkach jeziora i rzeki Święta. Uważam, iż pływanie po takich akwenach ma swoje specyficzne walory. Sprawdza się tu zespołowe działanie całej załogi, umiejętności sternika do ustawania jachtu względem wiatru. Cały czas czujemy pracę na sterze. Jesteśmy ,,za pan brat” z wiatrem lub walczymy z nim . I to jest właśnie to, co kocham najbardziej w całej tej zabawie. Ograniczenie przestrzeni zmusza nas do ciągłego manewrowania. Jednym słowem – szkoli i uczy na nowo. Odpłynięcie na kilka dni od macierzystej przystani wymaga odpowiedniego przygotowania się uczestników obozu. Jest to kwestia zaplanowania jadłospisu, zaprowiantowania, przygotowania sprzętu i materiałów na ewentualne naprawy i awarie, a także skompletowania własnego ekwipunku, praktycznego i niezbędnego podczas takich wypraw. Kiedy to wszystko mamy załatwione, możemy wyruszyć w rejs. Trasę obozu również mamy ograniczoną do stałych punktów. Tradycyjnie zaliczamy w pierwszej kolejności tzw. ,,Kwadrat”. Dzika przyroda, lisy podchodzące w nocy do wachtowych, brak wody do picia (należy mieć swoje zapasy), brak sanitariatów i wylęgarnia komarów. To w XXI wieku chyba nie najlepszy sposób spędzania wolnego czasu... Mimo to nie byliśmy jedynymi, którzy tam biwakowali. Nagrodą za trudy obcowania z dziką przyrodą są wrażenia, jakich dostarcza rzeka Święta, pokryta łąkami żółtych grążeli i białych grzybieni. Czapla siwa często stoi nieruchomo na kłodzie drewna i wypatruje zdobyczy. Na błękicie nieba można dojrzeć dostojnie szybujące drapieżniki: sokoły i orły. Urocze kaczuszki całymi rodzinami wydziobują rzęsę wodną. Przyroda aż kipi, z każdej strony można zauważyć coś ciekawego. Przystań Lubczyna jest często odwiedzana przez żeglarzy. My również przycumowaliśmy tu do kei. Następnego dnia zaplanowane były regaty wokół ,,betonowca”. Pogoda niczego sobie, wiatr 1 - 2 południowo-wschodni pasował idealnie do naszych planów. Jednak prognozy ostrzegały: ,,z tendencją wzrostu”. Skierowaliśmy nasze skipperki na północ w kierunku zatopionego podczas drugiej wojny światowej statku zbudowanego z betonu. Już ładnie dmuchało, gdy osiągnęliśmy nasz cel. Jako opiekunowie ponaglałyśmy młodych żeglarzy do sprężenia się i szybszego powrotu w okolice przystani lubczyńskiej. Niespodziewanie wiatr okręcił się o 180 stopni, wiał z północy z siłą do 4 w skali Beauforta. Bardziej jednak przerażał nas czarny cumulonimbus – ciemna, deszczowa chmura, dosłownie goniący nasze małe jachciki. Gdy dotarliśmy w okolice przystani, wiatr ucichł. Zagrożenie poszło bokiem. Zostaliśmy na wodzie. Zrobiło się ciepło i cicho. Poczuliśmy się na tyle bezpiecznie, że rozpoczęliśmy ,,bitwę morską”. Poszły w ruch wiaderka pełne wody. Przy dobrej pogodzie zabawa przednia. Nagle zaczęło się robić ciemno. Wiatr znowu odkręcił, wiał z zachodu. Alarm! Wszyscy do portu! Żagle zrzuciliśmy prawie 10 m przed przystanią. Mimo to z impetem, na samym takielunku, wrzuciło nas do basenu portowego, który z dużą prędkością przepłynęliśmy, aż do końca. I wtedy lunęło tak, że w ciągu minuty byłam cała mokra. Rzuciliśmy cumy. Byliśmy bezpieczni. Był to dzień na tyle mocnych wrażeń, że wszyscy poszli szybko spać. Kolejnym dniem pełnym wrażeń był dzień powrotu na przystań Pałacu Młodzieży. Wiedzieliśmy, że czeka nas halsówka, wiatr ,,w mordę”. Trzeba płynąć zygzakiem. Prognozy nieciekawe, znowu tendencje wzrostowe. Wstaliśmy wcześnie, żeby zdążyć przed załamaniem pogody. Duże Dąbie przepłynęliśmy, chowając się przy brzegu zawietrznym. Tam nie było takich silnych szkwałów. Jednak na przesmyku łączącym ,,małe z dużym” zaczęły się problemy. Bardziej doświadczeni sternicy posuwali się pomału do przodu. Jednak nie wszyscy opanowali sztukę pływania pod wiatr (około 5 stopni w skali Beauforta) i fale. Jako opiekunowie miałyśmy nie lada problem. Pływałyśmy od skippera do skippera, udzielając rad. Cóż z tego, kiedy fala pozwalała im płynąć jedynie pełnym bajdewindem, prawie półwiatrem. Po dwóch godzinach walki kierowniczka obozu wezwała na pomoc ,,Magnolię”, która odholowała trzy najsłabsze jednostki na przystań. Mnie też zaczęły dawać się we znaki warunki pogodowe. Ster stawał się coraz cięższy. Musiałam coraz mocniej napierać na rumpel, aby utrzymać kurs. Pokutował mój stary nawyk pływania na lekkich jednostkach (kadetach), gdzie ciągła praca na grocie była koniecznością. Ze względu na bardzo nierówny wiatr, gwałtowne szkwały, nie blokowałam grota. Odczułam to w mięśniach. Dopłynęliśmy do portu macierzystego po 6 godzinach walki. Tego dnia cały obóz (oprócz niezmordowanej pani komendant) szukał tylko chwilki wytchnienia, by przytulić głowę do poduszki i odespać wysiłek i emocje. Najdzielniejsi z nich mieli płynąć za kilka dni na morze Dz-ą. Po tym dniu niektórzy okazali swoje wątpliwości. Pływanie na fali nie jest rzeczą prostą. Nazajutrz miałam trudności z chodzeniem. Zakwasy mięśni nóg utrudniały mi tę czynność bardzo skutecznie. Pływanie szuwarowo-niedzielne okazało się dobrą szkołą dla niejednego żeglarza. Podsumowaniem obozu jest coroczna uroczystość przyjęcia w poczet braci żeglarzy neofitów, pierwszy raz będących na obozie żeglarskim. Jest to oczywiście ,,Chrzest na żeglarza”. Uczestnicy sami przygotowują tę uroczystość i zabawę. Każdy nowy członek otrzymuje swoje morskie imię nadane przez Neptuna i akt nadania. Za każdym razem, kiedy wypływam z członkami sekcji, uczę się od nich czegoś nowego. Wcale nie żartuję. Mimo różnicy wieku, doświadczeń, ci młodzi ludzie mogą niekiedy zadziwić i zaskoczyć także i dorosłych. Grażyna Pawlonka










