Relacja z 1 etapu TTSR oczami uczestniczki Weroniki Szydłowskiej
środa, 20 lipca 2011 08:07
„Kamil, kochamy cię!” (a może Charlie, a może… domysłów przez pierwsze minuty było wiele) – ten krzyk żegnał „Dar Młodzieży” wraz z jego załogą kiedy dnia pierwszego lipca opuszczaliśmy Wały Chrobrego. Na pokładzie Nas – reprezentacji miasta – znajdowała się zaledwie dwudziestka, co po dokonaniu podziału dawało zaledwie kilka osób przypadających na jedną wachtę. Pozostałą część praktykantów stanowili studenci drugiego roku Akademii Morskiej w Gdyni. Czekał nas dziewięciodniowy przelot do Greenock.
Praktykanci (do których zaliczano również „żeglarzy”) podzieleni byli na trzy wachty, które wymieniały się w służbach morskich, portowych i dobowych i posiadały własne zakresy obowiązków. Na przykład wachta pierwsza odpowiadała za obstawienie pierwszego od dziobu fokmasztu, kierowała żaglowcem w godzinach od północy do czwartej i od dwunastej do szesnastej oraz każdej nocy zajmowała się obieraniem ziemniaków. Wachta druga z kolei manewrowała od szesnastej do dwudziestej i od czwartej do ósmej oraz każdego poranka czyściła klatki. Trzecia – od dwudziestej do dwudziestej czwartej i od ósmej do południa – zajmowała się segregowaniem śmieci o zmierzchu. Podczas wacht morskich było do obsadzenia pięć stanowisk – bosmański, dwóch sterników, dwoje oczu, służba w siłowni i w nawigacyjnej. Studenci w czasie wacht mieli również szkołę – podzieleni na cztery klasy. Służby dobowe poszczególne wachty pełniły co trzeci dzień – wtedy byli wyznaczani ludzie do sprzątania toalet, korytarzy, pomagania w kuchni, na pentrze studenckiej czy załogowej. Oznaczało to zwolnienie ich z normalnych wacht morskich. Pozostali, którzy nie mieli przydzielonych żadnych zajęć, byli do dyspozycji bosmana, marynarza, bądź cieśli i wykonywali różne prace na pokładzie, od mycia go i szlifowania nagielbanków, po mycie odbijaczy i trapu, czy zakładanie nowych pert.
Bardzo łatwo było się przystosować do trybu życia na pokładzie – pobudka codziennie o tej samej porze, codziennie o ósmej bandera, regularne posiłki – oczywiście pod warunkiem, że zawsze się na nie wstawało. Zawsze można było usiąść w mesie, czy na pokładzie, jeżeli oczywiście była dobra pogoda, i poczytać. Co noc grało się też w pokera. Na laptopach odtwarzano film za filmem. Tam było inaczej niż na małych jachtach. Tylko raz czy dwa dało się zobaczyć kogoś trzymającego gitarę i grającego szanty, za to telewizja cyfrowa leciała niemal bez przerwy, to znaczy z przerwami, kiedy tylko traciła sygnał, czyli w kluczowych sekundach każdego programu, który zdarzyło się nam oglądać. Nie było odcięcia od świata, informacji. Państwa przez które przepływaliśmy zmieniały się wraz z sieciami telefonii komórkowych, zasięgu nie straciliśmy na dłużej niż dobę, może dwie.
Do Greenock dopłynęliśmy, jak już wspomniałam, dziewiątego lipca, rankiem. W portach na pokładzie miała pozostawać tylko wachta dobowa – pozostałe dwie miały wyjście, jednak tylko do godziny dwudziestej drugiej. Pierwszy dzień w dużej mierze poświęciliśmy na dotarcie do i zwiedzanie oddalonego o mniej więcej czterdzieści minut drogi centrum – miasto może nie okazało się zbyt interesujące, wąskie uliczki były niezbyt tłoczne, a wystarczyło parę kroków za dużo, by opustoszały zupełnie. Mimo wszystko nie można mu było odmówić kilku urokliwych i ciekawych miejsc. Dziesiątego odbyło się Crew Parade – gdzie reprezentacja Szczecina z Daru Młodzieży przyłączyła się do załogi Daru Szczecina. Wtedy też efekt dały wszystkie nasze warsztaty i przygotowania – zdobyliśmy nagrodę dla najlepiej prezentującej się załogi. Wieczorem odbyło się Crew Party - gdzie, jeżeli dobrze się szukało, można było odnaleźć w tłumie niejakiego Jacka Sparrowa, przynajmniej na początku imprezy. Jedenastego kilka osób odwiedziło Glasgow – które podobno było dużo bardziej warte zobaczenia.
W Greenock na reprezentację czekały również obowiązki – mianowicie obsługa stoiska. Reklamowanie naszego miasta przypadało żeglarzom pełniącym danego dnia służbę portową – w ramach wachty mieliśmy uczyć żonglerki, opowiadać zwiedzającym o czekającym nas w dwa tysiące trzynastym roku finale regat i układać puzzle – zdjęcia z roku dwa tysiące siódmego. Co wieczór organizowaliśmy pokaz fireshow dla załóg Tall Shipowych.
Wypłynęliśmy dwunastego lipca o godzinie dwunastej w paradzie żaglowców. Tym razem skierowaliśmy się do Storneway, a droga trwała zaledwie dwa dni.
Wbrew pozorom ta mała mieścina okazała się ciekawsza niż Greenock: czy to dla tego, że spędziliśmy w niej ostatnie chwile na pokładzie Daru Młodzieży, czy dlatego, że nie zatrzymaliśmy się przy kei, ale na kotwicy i na ląd musieliśmy przemieszczać się motorówkami. Otoczona była przez wzgórza i zieleń, zabudowana niedużymi domkami, z zameczkiem stojącym nad wszystkim i festynem Celtów, na który wejście kosztowało ponad dwadzieścia funtów. Była zbyt duża na kilka dni, ale w sam raz na trzy-cztery godziny zwiedzania, tak, żeby poczuło się lekki niedosyt – bo może udałoby się znaleźć tam coś więcej. Piętnastego przyjechała załoga drugiego etapu, tę ostatnią noc mieliśmy spędzić z dodatkowymi trzydziestoma osobami na pokładzie. Dla nas wachty skończyły się o dwudziestej i rozpoczął się czas pożegnań. O piątej trzydzieści na szalupie (co było kolejną przygodą) opuściliśmy Dar Młodzieży wraz z bagażami. O godzinie siódmej wsiedliśmy na prom i czekała nas już tylko prawie trzydziestopięcio godzinna podróż do Polski...



















