Centrum Żeglarskie - kursy żeglarskie, obozy, szkolenia




Rss Centrum Żeglarskiego - Aktualności i Kursy  Żeglarskie

Wydarzenia w sezonie

<< Luty 2012 >> 
 Po  Wt  Śr  Cz  Pi  So  Ni 
    1  3  4  5
  6  7  8101112
131415171819
202122242526
272829    

The Tall Shpis' Races 2011

Reklama

Relacja z TTSR piórem Weroniki Szydłowskiej c.d.

Aktualności

TTSR 2010 zakończone TTSR 2010 zakończone

Mówią, że wszystko dobre co się dobrze kończy. Tylko czasem strasznie szkoda, że się kończy… Tak było z drugim etapem The Tall Ships’ Races, który stał się definitywnie przeszłością wczoraj – dziesiątego lipca, kiedy około godziny dwudziestej pierwszej zajechaliśmy pod Urząd Miasta i zaczęły się, bardzo długie, ale zawsze pożegnania. Ale o tym trochę później… Na razie cofnijmy się do trzydziestego sierpnia, jeszcze do Kristiansandu.

Trzydziestego sierpnia działo się dosyć sporo: odbyły się zawody sportowe (m.in. mieliśmy okazję wziąć udział w turnieju siatkówki plażowej, zawodach z łucznictwa czy układania skrzynek). Pozostałe osoby w tym czasie miały wolne: aż do popołudnia, kiedy założyliśmy „pasiaki”, wzięliśmy piłki, flagi i własnoręcznie zrobione instrumenty, po czym tak przygotowani ruszyliśmy na paradę załóg. Z kolei wieczorem uczestniczyliśmy w crew party: imprezie organizowanej w każdym porcie Tall Shipowym, wyłącznie dla żeglarzy. Tym razem odbyła się ona na plaży, przy kolacji, scenie, głośnej muzyce i perspektywie zabawy w pianie – która zaczęła lecieć na tańczących w okolicach godziny dwudziestej trzeciej.

Trzydziestego pierwszego mieliśmy z kolei luz: ten dzień poświęciliśmy na włóczenie się po Kristiansandzie, czy robienie prania. Oczywiście przez cały pobyt w porcie funkcjonowało stoisko szczecińskie – gdzie uczono żonglować, czy rozdawano piłki. Poza tym tego dnia zauważono zwiększoną konsumpcje cheeseburgerów i żelek na pokładzie, ale o tym cicho-sza…

W niedzielę przyszedł czas pożegnania się ze stałym lądem: opuściliśmy port, po czym płynąc w paradzie żaglowców zmierzyliśmy na linię startu. Tryb życia zmienił się na morski: stał się mieszanką snu i czuwania, alarmów do żagli, często w środku nocy, czy wacht: dosyć regularnych, czasem chłodnych, czasem deszczowych, bez wątpienia interesujących. Pomimo podobieństwa dni i zlewania się ich z nocami, zawsze znalazło się małe urozmaicenie…

Drugiego sierpnia Pogoria była czwarta w swojej klasie: wyniki wywieszano w mesie. Wachta bosmańska zaczęła myć burty: co oznaczało zawiśnięcie na odbijaczach z gąbkami i oczywiście dużo śmiechu. Dostaliśmy również pewne zadanie: mieliśmy nauczyć się całego olinowania na pamięć. Lin jest sto szesnaście, a my mieliśmy znać ich nazwy i ich funkcje (podobno miała podziałać na oficerów waluta pogoriowa – czyli gumo żelki, nie wiem, czy ktoś próbował…).

Trzeciego byliśmy siódmi. Rano czekał nas egzamin: oblanie go oznaczało godzinę wachty trapowej w Hartlepool. Rekordzista (nie będę go wymieniała z imienia) zdobył tych godzin dwadzieścia dwie (choć przesiedział zaledwie pięć). Kontynuowaliśmy mycie burt.

W środę mieliśmy ósme miejsce w klasie. Rano w jakiś dziwny, niespodziewany sposób, zamiast płynąć do przodu cofaliśmy się: przed końcem śniadania ten stan minął. Przepływaliśmy dosyć blisko platform wiertniczych i pojawił się zasięg: co oznaczało pojawienie się dużej ilości telefonów komórkowych na pokładzie.

Piątego sierpnia o godzinie czternastej zakończono regaty: tuż po sygnale przyszła flauta. Pogoria uzyskała siódme miejsce. Z kolei dwa szczecińskie jachty: Dar Szczecina i Endorfina zostały zwycięzcami w klasie C i D. Wieczorem w klasie odbyła się prezentacja zdjęć z zeszłorocznego incydentu naszej jednostki z masztami, a następnie recital piosenek Okudżawy przy świecach (pożyczonych od mechanika, bo nie można palić ognia pod pokładem), w wykonaniu samego kapitana. A później shanty do północy, aż w końcu zostały z gitarą tylko trzy osoby…

Do Hartlepool –czyli Anglii - weszliśmy w piątek o drugiej w nocy, co pozostawiało nam jakieś pięć godzin snu do pobudki. Od apelu aż do obiadu mieliśmy zaprowadzić klar na żaglowcu. Później mogliśmy zwiedzać miasto: przybył zapas, głównie żelek i czekolad, ale nie tylko. Z kolei wieczorem… Wieczorem Asia miała niezły ubaw.

W sobotę mieliśmy uczestniczyć w zawodach sportowych: ale tylko mieliśmy, bo nie było miejsc. Tak więc zaczął się kolejny dzień na mieście – gdzie najczęściej odwiedzanym miejscem okazało się centrum handlowe, zwłaszcza jeden sklep z ubraniami. Bywaliśmy też na innych jednostkach, ale o tym każdy ma swoje indywidualne opowieści…

W niedzielę była znowu parada – z wręczeniem takich nagród jak friendship, czy dla najmłodszej załogi, czy też, oczywiście, nagrodzenie zwycięzców – czyli też Dara Szczecina i Endorfiny. Tutaj crew party odbyło się w budynku: do końca została tylko część załóg Pogorii i Iskry, stojącej do nas burta w burtę.

Następnie przyszedł dziewiąty sierpnia: czyli pakowanie, sprzątanie i przygotowanie się do wyjazdu. Co jakiś czas ktoś zaczynał nucić piosenki typu „Ta ostatnia niedziela”, a inni go uciszali niemal natychmiast. O dwudziestej wsiedliśmy do autokaru i spędziliśmy w nim kolejne dwadzieścia pięć godzin: nie licząc postojów i półtora godzinnego rejsu promem po kanale la Manche.

I znowu dochodzimy do końca: do pożegnań, planów spotkań, pomysłów. Do wołania „na cześć…” i „hip hip hura”. Do okrzyku „STS Pogoria”, czy „Jak się bawi…” I wspomnień. Mnóstwa wspaniałych wspomnień, zatrzymanych na zdjęciach i w pamięci.

autora
Weronika Szydłowska

Dodaj do:

Facebook    Wykop    Gwar    reddit    Digg    Deli.cio.us